Roztocze

I szybki weekend na roztoczu zakończony. Region przepiękny. Na miejscu okazało się, że wypadałoby spędzić tam co najmniej tydzień, żeby móc wpaść w powolny rytm tego obszaru wyznaczany szumem lasów i pracami na polach otaczających małe, zagubione w borach sioła i wioski. I to chyba nie przypadek, że pierwszy druk Sielanek Szymona Szymonowica idealizujących życie na wsi wyszedł z drukarni w Zamościu, jednego z piękniejszych miast regionu.

Suche informacje o budowie geologicznej i ukształtowaniu Roztocza można znaleźć na wikipedii. Dość powiedzieć, że ten obszar na wschodzie Polski pokryty jest w dużej mierze lasami, które przecinają proste jak strzała drogi z niewielką ilością zakrętów. Efektem ubocznym dużej ilości siół, przysiółków i małych wiosek jest spora siatka asfaltów nieremontowanych od dziesięcioleci, szutrów i leśnych duktów prowadzących właśnie do takich zagubionych w lasach zabudowań. Właściciele motocykli klas enduro czy adv będą wniebowzięci. Inni, gdy trafią poza główne drogi regionu, będą mieć wizje nadchodzącego remontu dobijającego wciąż zawieszenia.

Dzień 1

DSC_0012W kierunku Roztocza ruszamy w czwartek rano. Towarzyszą mi Przemek i Ania na Kawasaki Zephyr. Zamiast nudnej autostrady wybieramy krajówkę nr 94 i tniemy w stronę Rzeszowa. Na drogach pusto. Całkiem prawdopodobne, że ma to związek z kościelnym świętem Bożego Ciała. W Rzeszowie i okolicach trafiamy na regionalizm w postaci krawężników rozdzielających pasy ruchu na rondach. Pomysł mocno oryginalny, ale mam wątpliwości co do bezpieczeństwa takiego rozwiązania. Nie widziałem czegoś podobnego nigdy wcześniej.

W Rzeszowie wjeżdżamy na starówkę i robimy szybkie kółko wokół rynku, byle tylko zdążyć przed zbliżającą się powoli acz nieubłaganie procesją. Gdybyśmy zamarudzili nieco dłużej zmuszeni byśmy byli już poczekać na rozejście się tłumu. Ruszamy w stronę Łańcuta, głównej przyczyny obrania tej właśnie drogi dojazdowej do Roztocza.

Łańcut

W Łańcucie dostępu do rynku broni pani policjant o marsowej minie. Po zapewnieniu, że chcemy jedynie zaparkować i nie DSC_0029planujemy rozjeżdżać uczestniczących w procesji ludzi, rozpogodziła się i pozwoliła na wjazd na płytę rynku. Po wyładowaniu się z motocykli chwilę przeczekaliśmy, aż tłum się zatrzyma, po czym zaczęliśmy przemykać w stronę zespołu pałacowo-parkowego. Pierwotnie w tym miejscu stała wieża obronna. Kolejni właściciele rozbudowywali założenie, aż posiadłość trafiła w ręce rodu Lubomirskich i zyskała obecny wygląd typu palazzo in fortezza. Otoczona została też nowoczesnymi i potężnymi umocnieniami, co ocaliło zamek przed Szwedami i później przed Węgrami Rakoczego.

Sam zamek w czasie naszej wizyty był, niestety, zamknięty. Został nam więc spacer po urządzonym w stylu angielskim parku wypełnionym klasycystycznymi rzeźbami. Dotarliśmy do storczykarni, w której znajduje się też kawiarnia i przysiedliśmy na dłuższy moment. Zamówiliśmy po kawałku ciasta, jedynego dostępnego, które nie widniało w menu. Przemek zamówił kawę, dziwiąc się, że dostał też szklankę wody. Na moją uwagę, że woda służy do przepłukania kubków smakowych by móc cieszyć się pełnią aromatu kawy, przybiegł barista z wyraźną nadzieją na wymianę fachowych uwag. Niestety, trafił na kompletnych ignorantów w kwestiach kawy. Natomiast my dowiedzieliśmy się, że idealne espresso to 80% arabici i 20% robusty.

Gdy wróciliśmy do motocykli, dopadł nas zdyszany starszy jegomość łapiąc oddech jak świąteczny karp na chwilę przed opadnięciem młotka. Dowiedzieliśmy się, że ściga nas od parku ponieważ jego brat jest motocyklistą. Brat mieszka w Stanach i zajmuje się kupowaniem motocykli na aukcjach windykacyjnych i sprzedawaniu ich w kraju. Obecnie ma na zbyciu podobnież przepiękną Laverdę. Lokalni amatorzy rometów podobno nie potrafiliby docenić unikatowości tej oferty, ale my, światowcy, z pewnością. Mamy też odwiedzić Wierzynka w Krakowie, gdzie pracuje syn naszego rozmówcy i jest wirtuozem kelnerskiego fachu. Na pożegnanie dostajemy ostrzeżenie przed bandytami w mundurach, a miła pani policjant, która wcześniej wpuściła nas na rynek, urosła w tej opowieści do roli zdradzieckiej harpii czyhającej tylko by wessać się w nasze portfele. Pan jest, jak twierdzi, byłym radnym i doskonale zna prawdziwą naturę ubranych w niebieskie mundury indywiduów.

Żegnając się mile i dziękując za ostrzeżenie ruszamy już w stronę Krasnobrodu, naszej bazy wypadowej na kolejne dni. Jedziemy drogami 877, 863 i 849.

Z czasem krajobraz staje się coraz bardziej płaski, a drogi coraz bardziej proste, co jest oczywistym znakiem, że wjechaliśmy na roztoczańskie równiny.

Krasnobród

DSC_0052W Krasnobrodzie zjeżdżamy wzdłuż zalewu do ośrodka wypoczynkowego „Jeżyk”, w którym mamy zarezerwowany domek letniskowy. 35 PLN od osoby za dobę, domek bez aneksu kuchennego. Dodatkowo można zamówić wyżywienie. Decydujemy się na śniadania za 10 PLN. Ośrodek leży w bezpośrednim sąsiedztwie zalewu z całkiem niezłą infrastrukturą. Od knajp po molo i znajdującą się nieopodal wieżą widokową. Teren ośrodka to w większości trawa i miękkie podłoże. Przydadzą się wszelkie możliwe podkładki pod stopki motocykli. Na dwa kolejne dni mamy zaplanowane dwie pętle, roboczo nazwane południową i północną. Wpierw mieliśmy objechać miasteczka Zwierzyniec, Szczebrzeszyn i Zamość, by na następny dzień skierować się na południe i zahaczyć o wiele więcej punktów. Informacja o odbywającej się w Zamościu imprezie rekonstrukcyjnej „szturm twierdzy Zamość” modyfikuje plany i zmieniamy kolejność. Co więcej, jako że godzina jeszcze młoda, postanawiamy skoczyć jeszcze do Zwierzyńca w dzień przyjazdu na Roztocze.

Zwierzyniec

Jedziemy przez Guciów do Zwierzyńca. Główną atrakcją jest kościół na wodzie. Pierwotnie był to teatr zbudowany przez DSC_0040Marysieńkę Zamojską, późniejszą Sobieską. No ale po co komu teatr? 😉 Sam zabytek jest ukryty za gęsto obrastającymi staw drzewami. Zrobiliśmy dwa kółka zanim się zorientowaliśmy, że krążymy wokół tego właściwego miejsca. Po strawie duchowej czas na tę dla ciała i naprzeciw oczekiwaniom wychodzi lokalny browar zaraz po drugiej stronie ulicy. Nalewają też do własnych pojemników, więc warto zaopatrzyć się w kilka plastikowych butelek 😉 W moim przypadku chłonięcie otoczenia zostało mocno zakłócone prawami Murphiego, które doprowadziły do awarii w serwerowni w firmie, akurat wtedy kiedy ja byłem kilkaset kilometrów dalej i praktycznie bez zasięgu sieci komórkowej. Tu istotna uwaga: jeżeli używacie urządzeń GPS, zaopatrzcie się takie z wczytanymi mapami. Google maps się nie sprawdzi, zbyt częste i zbyt rozległe obszary bez zasięgu sieci komórkowej. Po nabyciu złocistego trunku wracamy do Krasnobrodu, gdzie wybieramy się jeszcze na turnee po knajpach nad zalewem. Sączące się z głośników przeboje pop, szeroka piaszczysta plaża i tłumy spacerowiczów pozwalają poczuć się jak nad morzem.

Dzień 2

Dzisiejsza pętla będzie długa, więc zwijamy się wcześnie rano i w promieniach wschodzącego słońca kierujemy się w stronę Górecka Kościelnego. Jedziemy drogą 849 i na skrzyżowaniu z linią kolejową, dalej prosto. Gdy kończy się krajówka, kończy się też dobry asfalt. Dodatkowo Zephyr chwilowo wyzionął ducha bo skończyło się paliwo. Po przekręceniu kranika i chwili namawiania zaskoczył i mogliśmy kontynuować podróż. Jedziemy wąską leśną drogą. Niestety, tego typu drogi, jedna po drugiej, padają ofiarą nieczułej machiny urzędniczej Unii Europejskiej i stopniowo, w ramach budżetów celowych, pokrywa je nowy równiutki asfalt, a na poboczach, niczym memento, stają tablice głoszące, że „inwestycja została zrealizowana z środków UE”. Po drodze, jako opcję, mam zaplanowane odwiedzenie Płaczącego Kamienia. Jest to głaz znajdujący się przy szlaku pomiędzy Góreckiem Starym i Florianką. Dzięki porowatej powierzchni chłonie wodę, która później spływa po jego powierzchni. Związana jest też z nim legenda. Gdy odnajduję na mapie prowadzącą do niego przecinkę staję u wylotu, wprawdzie szerokiej, ale bardzo piaszczystej, leśnej drogi. Z powątpiewaniem zerkam na swoje opony Dunlop Trailmax, potem, z jeszcze większym zwątpieniem przyglądam się wiozącemu dwie osoby Zephyrowi. „Przed nami około półtora kilometra takiej drogi.” rzucam, „ja bym odpuścił, szkoda zdrowia.” Widzę potwierdzające kiwanie głowami, więc rzucając ostatnie spojrzenie na piaszczysty trakt, ruszamy dalej i szybko docieramy do pierwszego punktu dzisiejszego planu.

Górecko Kościelne

DSC_0062Dwie rzeczy w tej wiosce zasługują na szczególną uwagę. Pierwsza to zabytkowy drewniany kościół. Z zewnątrz nie wygląda jakoś szczególnie, ale w środku jest bardzo zadbany i po prostu piękny. Żaden nowoczesny potworek architektoniczny, tylko uporządkowane linie, harmonijnie układające się dekoracje i gustowne wyposażenie. Żadnej krzykliwej ornamentyki częstej w katolickich kościołach.

Drugą rzeczą jest aleja dębów. Nazwa szumna, bo drzew jest może z pięć, i wcale nie równo posadzonych, ale kilkusetletnie (najstarsze ma 500 lat) drzewa robią wrażenie. Pomiędzy gigantycznymi dębami przycupnęła skromna, drewniana kapliczka ozdobiona kwiatami. Aleja prowadzi dalej w dół, w stronę lasu, na skraju którego, nad rzeką Szumem, stoi kolejna ukwiecona kapliczka. „Bardzo słowiańsko” jak to ujął Przemek. Tak bardzo, że zaczęliśmy rozglądać się za druidami.

Okoliczności przyrody, trel ptaków i intensywny zapach kwiatów zachęca do przesiedzenia tu całego dnia, tak po prostu, ale my jesteśmy mieszczuchami, których goni czas, więc ruszamy dalej. Jedziemy tą samą drogą aż do skrzyżowania z krajówką nr 853 i skręcamy w lewo, w stronę Józefowa.

Józefów

DSC_0083Józefów jest w planie ze względu na malownicze kamieniołomy. Jedziemy za tabliczkami informacyjnymi i trafiamy na rynek, gdzie znajdujemy ciekawą fontannę prezentującą lokalną faunę. Odnajdujemy też synagogę, którą rozpoznajemy po charakterystycznym kształcie. Pierwotne przeznaczenie budynku skrywającego obecnie bibliotekę publiczną potwierdza niewielka wmurowana tablica pamiątkowa. Kawasaki jest już bardzo spragnione, więc pytam siedzących w cieniu na ławce i delektujących się wytrawnymi trunkami autochtonów o najbliższą stację benzynową. Panowie potwierdzają informacje z mojej mapy. Jedyna stacja jest na wyjeździe na Zamość. Musimy więc się nieco cofnąć.

Zatankowani jedziemy już w stronę kamieniołomów ponownie przejeżdżając przez rynek. Do celu trafiamy bez problemu. Doskonałą wskazówką jest widoczna z głównej drogi (ulica Górnicza) wieża widokowa. Wstęp na wieżę jest płatny (5 PLN), ale z góry widzimy szeroką panoramę kamieniołomów i dalszej okolicy. Miejsce skrywa mroczną historię związaną z pogromami w czasie II Wojny Światowej, jednak wstęp do kamieniołomów jest całkowicie wolny i nieograniczony. Wykorzystują ten fakt lokalni quadowcy, którzy według chłopaka pełniącego rolę biletera wieży widokowej, robią tu sobie regularne pojeżdżawki.

Czartowe Pole

DSC_0123Opuszczając kamieniołomy skręcamy w prawo. Po krótkim czasie docieramy do wsi Hamernia i skręcamy ponownie w prawo. Chwilę po tym jak kończy się wieś, przejeżdżamy przez most na rzece Sopot i zaraz za nim zjeżdżamy na rozległy leśny parking. Z parkingu odchodzi kilka szlaków, ale nas interesuje białoniebieska ścieżka dydaktyczna prowadząca przez rezerwat Czartowe Pole. Ścieżka prowadzi wzdłuż rzeki Sopot przez gęsty las. Powalone drzewa obrośnięte mchem. Chuby, których nie widziałem od lat. Szumiące przełomy i progi. Zagubione w lesie i pochłonięte przez niego ruiny. Co pół kroku odsłania się przed nami kolejny pocztówkowy widoczek. Te ruiny to pracująca jeszcze 200 lat temu pełną parą papiernia i zwycięstwo przyrody nad przemysłem jakoś tak, gdzieś w środku, cieszy i skłania do refleksji. Na terenie rezerwatu znajduje się też miejsce pamięci z symbolicznymi grobami dwóch partyzantów. Z GL i AK. Kolejne miejsce skłaniające do chwili zastanowienia. Dwóch ludzi o odmiennych poglądach politycznych, którzy walczyli za tą samą sprawę i za tę sprawę zginęli, leżą teraz obok siebie i jedyne co ich różni to symbole na nagrobkach.

Przyroda też postanowiła dać nam pokaz swoich praw i na środku ścieżki trafiliśmy na dwa węże. Jeden trzymał w pysku łeb drugiego. Może ze sobą walczyły, a może to była para z zamiłowaniem do sado-maso? Słaby ze mnie ofiolog.

Wracamy do motocykli i spożywamy po batonie energetycznym. Po odczuwalnym przypływie sił ruszamy w stronę kolejnego rezerwatu.

Nad Tanwią

IMG_6145Z parkingu wyjeżdżamy w prawo i po pewnym czasie mijamy wsie Oseredek i Skwarki. Za tą drugą ponownie skręcamy w prawo i kierujemy się na Hutę Szumy. Po niedługim czasie widzimy przy drodze duży i zapchany parking przechwytujący większość turystów idących do rezerwatu Nad Tanwią. Dzięki mapie wiemy jednak, żeby jechać kawałek dalej i na skrzyżowaniu skręcić w prawo. Po kilkuset metrach wąskiego, ale równego asfaltu, znów skręcamy w prawo, wjeżdżając w obsadzoną drzewami drogę gruntową, która prowadzi nas do kolejnego, dużo mniej uczęszczanego parkingu. Wbrew pozorom infrastruktura jest całkiem rozbudowana. Są ławki, są chody prowadzące w dół, w wąwóz, którym płynie Tanew. Jest nawet bar, który serwuje zapiekanki, hamburgery, frytki, fasolkę po bretońsku… porcje są spore i jest tanio. Schodzimy w dół i idziemy wzdłuż rzeki. W tym miejscu Tanew na bardzo krótkim odcinku opada serią kilkunastu progów. Ta seria małych wodospadów jest efektem fałdowania się Karpat i jest jedyną w Polsce widoczną granicą geologiczną pomiędzy Zachodnią i Wschodnią Europą. Ścieżki wzdłuż rzeki pokryte są błotem, na którym moje motocyklowe buty ślizgają się jak na lodzie i przez cały czas towarzyszy mi przekonanie, że będę dalej jechał w mokrych skarpetach i ubłoconych spodniach po krótkim acz spektakularnym zjeździe do koryta rzeki. Udaje się, na szczęście, ukończyć marsz suchą stopą. W parkingowym barze jemy obiad i z niepokojem zerkamy na coraz ciemniejsze niebo. Przyśpieszamy konsumpcję by uciec przed burzą i rozpoczynamy najdłuższy etap dzisiejszego dnia – ponad 30 kilometrów.

Hrebcianka

DSC_0132Jedziemy w stronę Huty Różanieckiej i potem, drogą nr 865, do Ciechanowa. W Ciechanowie skręcamy w pierwszą uliczkę w lewo odchodzącą od rynku (ul. Mickiewicza) i teraz cały czas drogą z pierwszeństwem przejazdu przez około 15 kilometrów. Po drodze mijamy starą, drewnianą cerkiew. Trawa na działce z cerkwią sięga po pas, sama świątynia jest zamknięta na cztery spusty. Jedziemy więc dalej. Na końcu Nowego Brusna kończy się też asfalt i jest rozjazd, na którym skręcamy ostrym łukiem w lewo i kamienista droga prowadzi nas na wzniesienie, na którym, po obu stronach drogi, stoją murowane słupy. Na prawo jest las, w którym znajduje się cmentarz, natomiast na dole wzgórza, gdzie droga ponownie się wypłaszcza, po lewej stronie drogi jest kolejny zagajnik, w którym kryją się bunkry Hrebcianka, będące częścią linii Mołotowa. Przy drodze znajduje się tablica informacyjna, ale żeby dotrzeć do samych bunkrów trzeba się wykazać żyłką poszukiwacza, bo ukryte są naprawdę dobrze. Trzeba przejść przez ogrodzone elektrycznym pastuchem pole i potem przedzierać przez gęste zarośla. Można przejść dosłownie kilka metrów od bunkra i go nie zauważyć. Całe wzgórze, na którym ulokowany jest punkt oporu, otoczone było rowem przeciwczołgowym, którego fragmenty są widoczne do dziś. Przed rowem znajdowały się pola minowe. Pozostaje więc nadzieja, że były dokładnie rozminowane. Co ciekawe, ostatnie uzbrojenie, armata forteczna, zostało zdemontowane dopiero w latach 90. Bunkry nie są zdewastowane, nie cuchnie w nich moczem, nie ma porozbijanych butelek i pomazanych ścian. Przed wandalami chroni je prawdopodobnie ich lokalizacja. Można je swobodnie eksplorować. Koniecznością w takim wypadku jest posiadanie latarek i wzmożona czujność, ponieważ zejścia do niższych poziomów nie są zabezpieczone i można poważnie się uszkodzić, gdy wpadnie się np. do otworu w podłodze, których jest sporo przy stanowiskach ogniowych. Otwory te służyły do podawania amunicji i odbioru łusek z niższych poziomów bunkra. Po zwiedzeniu jednego z bunkrów i rzuceniu kilku nerdowskich sucharów o zombie-nazistach wracamy do motocykli. Ruszamy w stronę kolejnego punktu programu, również związanego z II Wojną Światową.

Bełżec

DSC_0143Cofamy się nieco do Nowego Brusna i jedziemy w stronę Horyńca-Zdroju, by po długim łuku wzdłuż granicy z Ukrainą, dotrzeć do Bełżca.

Naszym celem jest obóz zagłady. W przeciwieństwie do Oświęcimia, całość obozu w Bełżcu została zrównana z ziemią i powstał ogromny monument. Całość wznosi się lekko od wejścia w stronę tylnej części obozu. Utworzono pole czarnego tufu, które wygląda jak pogorzelisko. Przez środek przecina je ścieżka ukryta pomiędzy coraz wyższymi ścianami i prowadząca do obelisku stojącego w miejscu komory gazowej. Idąc ścieżką, którą zmierzały setki tysięcy ludzi w swej ostatniej drodze, wchodzimy pomiędzy wysokie i strome ściany. Akustyka tego sztucznego wąwozu powoduje, że każdy krok dudni jak uderzenie dzwonu. Podświadomie zaczynamy się skradać, iść niemal na palcach, by tylko uniknąć tego dudnienia, ale nie jest to możliwe. Obelisk ukryty jest pomiędzy wysokimi ścianami zapełnionymi imionami. Imię za imieniem na wysokość kilku i szerokość kilkunastu metrów. Imiona hebrajskie, polskie, niemieckie, francuskie… Z obu stron tej studni wyprowadzone są schody, którymi wychodzi się na chodniki otaczające pole tufu. Wzdłuż ścieżek ciągną się nazwy miast, z których pochodzili zamordowani tu ludzie i znów idziemy wzdłuż niekończącej się litanii nazw z obszaru całej Europy.

Na terenie obozu znajduje się jeszcze niewielkie, ale bardzo dobrze przemyślane, muzeum. Po wizycie w takim miejscu człowiek nie bardzo wie co powiedzieć, bo nie ma takich słów lub gestów, które potrafiłyby oddać to co czuje się po takim doświadczeniu.

Tomaszów Lubelski

DSC_0149Do Tomaszowa prowadzi z Bełżca szeroka i prosta droga o dużym natężeniu ruchu. Jest to droga nr 17, którą przelewa się cały ruch w stronę przejścia granicznego w Hrebenne-Rawa Ruska. W Tomaszowie trafiamy na rynek, gdzie, ku naszemu zadowoleniu, znajdują się budynki, które chcieliśmy zobaczyć. Zaopatrujemy się również na zbliżającą się nieubłaganie kolację. Pierwsze kroki kierujemy do pięknie odnowionej cerkwi. W środku jednak nadal trwa remont, trafiamy jednak na bardzo rozmowną osobę pilnującą świątyni. Dowiadujemy się, że gmina prawosławna w Tomaszowie jest niewielka ale prężna. Największy problem z jakim się teraz borykają to brak środków na kontynuowanie remontu. Wraz ze zmianą władzy centralnej źródełko dofinansowania wyschło. Ludzie są rozgoryczeni i zawiedzeni, bo niemal co do jednego głosowali na PiS. Natomiast, dzięki remontowi, Ania mogła razem z nami wejść do części cerkwi niedostępnej zwykle dla kobiet (ałtar), która oddzielona jest od reszty świątyni ikonostasem – ozdobnym przepierzeniem, zabezpieczonym w tym przypadku grubymi warstwami folii.

Na rynku Tomaszowa znajduje się też budynek herbaciarni. Niestety, ten drewniany budynek wzniesiony w związku z koronacją cara Mikołaja II i reprezentujący styl spotykany w północnej Rosji jest obecnie mocno zdewastowany, włącznie z powybijanymi szybami i walającymi się wszędzie śmieciami. Przykro patrzeć.

Idziemy jeszcze na lody i, jak zwykle, sprawdza się metoda wybrania lodziarni po najdłuższej do niej kolejce.

Łosiniec

DSC_0152Po drodze do naszej bazy wypadowej zahaczamy jeszcze o cerkiew, przerobioną w XX w. na kościół katolicki ulokowaną w Łosińcu. Żeby dotrzeć do świątyni należy zjechać z głównej drogi przy cmentarzu.

Po obejściu kościoła wokół kierujemy się bocznymi drogami w stronę Krasnobrodu. Drogi miały niezliczoną ilość łat i dziur. Afryka dawała radę, natomiast dla Zephyra i jego pasażerów była to ciężka przeprawa. Do naszego ośrodka wypoczynkowego docieramy, gdy słońce jest już bardzo nisko, na tyle, że za pierwszym razem mijam zjazd oślepiony przez słońce. I znów idziemy nad zalew. Tym razem odkrywamy w jednej z knajp mini salon gier z jednym, wciśniętym w kąt, bilardem elektronicznym popularnie zwanym flipperem. I przepuszczamy wszystkie drobne.

Dzień 3

Ten dzień zaczynamy na spokojnie, wykupionym śniadaniem, którym okazuje się być jajecznica, kawałki wędliny, ser. Mniam 🙂 Zbieramy się powoli i wyruszamy w stronę Zamościa, by spędzić tam większość dnia, ponieważ trafiliśmy na imprezę „szturm twierdzy Zamość”.

Zamość

DSC_0158Miasto jest przepiękne i zapewne będę tam wracał jeszcze wielokrotnie. Wyjątkowość Zamościa wywodzi się z historii jego powstania. Nie była to powoli rozbudowywana wcześniej istniejąca osada. Zamość zbudowano od zera, w szczerym polu. Zaplanowane było w najdrobniejszych szczegółach. Zaprojektował je włoski architekt Bernardo Morando, a budowę sfinansował Jan Zamoyski. Miasto zostało wpisane w plan ludzkiego ciała: pałac Zamoyskich jest głową, od której odchodzi kręgosłup, czyli ulica Grodzka. Na głównym rynku, ratusz będący sercem, cofnięty jest celowo do lewej strony placu. Akademia Zamoyska i katedra stoją po przeciwległych stronach miasta tworząc płuca. Układem pokarmowym miasta są rynki: główny, solny i wodny. A bastiony chroniące miasto to ręce i nogi.

Większość kamienic dysponuje arkadami, których układ też został skrupulatnie zaplanowany i pozwalał na przemieszczanie się po mieście bez wychodzenia z ich cienia. Wszędzie panuje porządek i renesansowe zamiłowanie do prostych, klasycznych linii.

DSC_0202Po mieście kręcimy się już od godziny dziewiątej idąc powoli w stronę obozu wojskowego rozbitego u stóp murów miejskich. W obozie rekonstruktorzy poubierani w stroje z epoki przechadzają się, ćwiczą, pozują do zdjęć i pokazują różne aspekty życia w XVII wieku. Uwagę przykuwa dziewczyna w stroju pułkownika husarskiego 🙂 O godzinie 10 następuje wymarsz wojsk z obozu, wpierw na rynek, potem na błonia, gdzie rozpoczyna się rekonstrukcja bitwy o Zamość. Kawaleria szarżuje, piechota ostrzeliwuje się z muszkietów, walą armaty. Na bogato.

Gdy bitwa dobiega końca my ładujemy się na swoje rumaki i z kopyta (z koła?) ruszamy do Szczebrzeszyna, by później wrócić do Zamościa na kolejną turę atrakcji.

Szczebrzeszyn

DSC_0236Miasteczko rozsławione wierszem Jana Brzechwy. Szybko trafiamy na rynek, na którym znajduje się posąg sławnego chrząszcza. Zainteresowani jesteśmy głównie „piekiełkiem” – systemem wąwozów lessowych. Podobno wąwozy w tej właśnie okolicy są najbardziej reprezentacyjne ze wszystkich, które można znaleźć na Roztoczu. Plan obejmował wypożyczenie rowerów i posypał się już w tym pierwszym punkcie. Nigdzie nie mogliśmy znaleźć wypożyczalni, lokalsi też nie okazali się pomocni. No nic, jedziemy motocyklami, w końcu też dwa koła. Zgodnie ze wskazówkami pana, który akurat kupował piwo w sklepie, jedziemy ulicą Cmentarną. Aż trafiamy na rozdroże, z którego oba możliwe kierunki wyłożone są już tylko betonowymi płytami. I tabliczka ze szlakami, ale też bez konkretnych informacji. Mój nos starego górołaza podpowiada mi drogę na wprost, dogania nas jednak para piechurów dysponujących jeszcze dokładniejszą mapą okolicy. Starszy pan wyglądający na Wytrawnego Turystę głosem przepełnionym pewnością, twierdzi, że należy skręcić w lewo, w drogę która opada ostro w dół. „Wprawdzie do piekiełka prosto (ha! wiedziałem!), ale ta ścieżka jest o wiele bardziej malownicza” stwierdza kategorycznie. „Skoro tak pan twierdzi, to też skorzystamy z tej rady” odpowiadam. „Ale chyba nie motocyklami” pan przestaje być sympatyczny, a jego oczy rzucają gromy. „Jeszcze się zastanowimy” odpowiadam dyplomatycznie. Po krótkiej dyskusji i postanowieniu, że najwyżej zawrócimy, udajemy się (na motocyklach) śladami oddalającej się pary. Betonowe płyty prowadzą ostro w dół, a po chwili, z prawej, wyrasta ściana lessowa. Nawet ładna. Mijamy wspomnianą parę i zatrzymujemy się u wylotu wąwozu odchodzącego ostro w prawo i w górę. Wygląda faktycznie jak na zdjęciach z podręcznika do geografii dla klas 4 „Krajobrazy Polski” Jana Kądziołka z 1991 roku 🙂

W trakcie sesji zdjęciowej mijają nas ponownie ci sami turyści i słyszę wycedzone przez zęby „A kysz!”. Uśmiecham się szeroko w odpowiedzi.

Kierujemy się dalej czarnobiałymi oznaczeniami ścieżki dydaktycznej i szybko wjeżdżamy ponownie pomiędzy zabudowania. Mijamy drugiego chrząszcza i wracamy na rynek. To tyle? Przereklamowane te wąwozy. Czuję się zawiedziony i oszukany i w ramach focha nie mam ochoty wracać i próbować pojechać drugą odnogą skrzyżowania, na którym zastanawialiśmy się co dalej. Przemek i Ania podzielają moje zdanie, więc wracamy do Zamościa.

Zamość II

DSC_0249Idziemy na Rynek Solny i zasiadamy w restauracji. Tłumy ogromne i zatory w kuchni też. Głodujemy przez ponad godzinę, ale już najedzeni idziemy na darmowe zwiedzanie miasta z przewodnikiem. Zbiera się zaskakująco mało chętnych. Raptem kilkanaście osób. Tym lepiej. Obchód trwa ponad godzinę i dowiadujemy się naprawdę wielu ciekawostek. Przytoczę tu może jedną anegdotkę/legendę: Otóż, gdy Szwedzi oblegali Zamość i nie mogli zdobyć murów, król Karol Gustaw wpadł na taki koncept – napisał do Zamoyskiego, który dowodził obroną, że czuje się zawiedziony brakiem sławnej polskiej gościnności i zanim odejdzie w dalszą drogę, chciałby jednak jej doświadczyć i zjeść z Zamoyskim śniadanie. Zamoyski węsząc podstęp, bo przecież król nie przyjdzie sam, tylko ze świtą i to będzie wpuszczenie do miasta konia trojańskiego, wiedział też, że nie wypada odmówić, w końcu król to król. Odesłał więc odpowiedź, że owszem, zaprasza, prawu gościnności nie uchybi, ale żeby król nie musiał się fatygować zbyt daleko, to Polacy wystawią stół przed mury. Żeby też Szwedzi się nie zasiedzieli, bo z pewnością pilno im ruszyć w dalszą drogę, nie będzie krzeseł. I tak powstał stół szwedzki 🙂

Po zwiedzaniu idziemy w stronę bramy szczebrzeskiej i znajdujemy tam miłą knajpkę jazzową, w której oczekujemy na zmierzch, ponieważ ma się tu odbyć nocna bitwa o most.

Po zmroku, w blasku płonących drewnianych szałasów i pochodni faktycznie dochodzi do potyczki artyleryjskiej, której wtórują włączane szwedzkich armat hukiem alarmy samochodowe. Gdy dym na pobojowisku opada nie pozostaje nam nic innego jak wrócić do Krasnobrodu. Mam okazję przetestować nocną jazdę na światłach drogowych. Efekt piorunujący.

Po dotarciu do ośrodka okazuje się, że brama już zamknięta i trzeba ostrożnie przejechać przez wąziutką furtkę, ostry spadek terenu nie pomaga, ale się udaje 🙂 Dopijamy wszelkie trunki jakie się ostały bo jutro dzień powrotu, ale nie koniec zaplanowanych atrakcji.

Dzień 4

Powrotu czas. Po drodze jeszcze jedna przewidziana atrakcja, spotkanie z kilkoma osobami z forum miłośników Kawasaki Zephyr i przejazd do Sandomierza.

Pakowanie poszło sprawnie. Na śniadanie tym razem nie było jajecznicy tylko parówki. Też dały radę.

Opuszczamy ośrodek wypoczynkowy „Jeżyk” i kierujemy się na Dzwolę, wieś przylegającą do Lasów Janowskich.

Lasy Janowskie

DSC_0274Za Dzwolą, we wsi Krzemień skręcamy w lewo i wjeżdżamy w rezerwat Lasów Janowskich. Kierujemy się cały czas prosto, aż dojeżdżamy na Porytowe Wzgórze, gdzie odbyła się jedna z największych bitew partyzanckich. Naszym celem jest właśnie upamiętniający to wydarzenie monument. Połączone grupy partyzanckie radzieckie i polskie (AL, AK, NOW-AK i BCH) w sile około 3000 żołnierzy przyjęły bitwę z dziesięciokrotnie większymi siłami niemieckimi. Partyzanci cały dzień walczyli w pełnym okrążeniu, by pod osłoną nocy skutecznie przebić się w stronę Puszczy Solskiej.

Z Porytowego Wzgórza kierujemy się w stronę Szklarni i Janowa Lubelskiego, a potem drogą nr 19 do Kraśnika, gdzie mamy ustawione spotkanie z chłopakami z forum Kawasaki Zephyr. Z Kraśnika, już większą grupą, jedziemy w stronę Sandomierza. Glównie drogą 855.

 

 

Sandomierz

DSC_0288Do miasta wjeżdżamy w niedzielne popołudnie i wpadamy w ścisk i gwar. Ciężko znaleźć miejsce do zaparkowania kilku motocykli. Udaje się w końcu, a sandomierska starówka i widoki ze wzgórza, na którym jest zlokalizowana rekompensują i nadłożoną drogę i problemy z parkowaniem. Do tego, gdyby ktoś nie był świadomy istnienia takiego serialu jak „Ojciec Mateusz” lub nie wiedział, że kręcony jest właśnie w Sandomierzu, to nie ucieknie przed tą wiedzą, bo na każdym kroku będzie się potykał o reklamy i banery nawiązujące do tej produkcji.

Siadamy na pizzy i chłopaki z forum Zephyra nakreślają mi ciekawą ideę – prowadzą album, który przekazywany jest na zlotach lub spotkaniach takich jak to, a aktualny posiadacz dodaje zdjęcia ze swoich wycieczek. Album trafia w ręce Przemka i nadchodzi czas pożegnań. Każdy jedzie w swoją stronę, a naszą trójkę jeszcze przez jakiś czas eskortuje Panda. Pokazał nam bardzo ciekawe drogi pomiędzy Sandomierzem a Łoniowem. Wzdłuż wisły przez wioski jak Zawierzbie, Kamieniec czy Łukowiec. Wąskie, kręte drogi skryte pomiędzy dorodnymi uprawami. Można się zapomnieć, na co tylko czekają zdradzieckie, ostre i zacieśniające się zakręty.

DSC_0280Na stacji przy skrzyżowaniu krajówek 9 i 79 żegnamy Pandę i ruszamy do domu. Droga powrotna dłuży się niemiłosiernie, ale coraz bardziej pofałdowany teren zwiastuje rychłe ujrzenie wysokich kominów elektrociepłowni Łęg. Kraków wita nas ulewą, której do tej pory udawało się skutecznie unikać. Na Bora-Komorowskiego machamy sobie i każde jedzie dalej w swoją stronę.

A na Roztocze z pewnością wrócę.

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. lagunaseca.pl napisał(a):

    Coś pięknego – tam jeszcze nie byłem. Oj chyba to będzie kierunek kolejnej mojej wycieczki. Trochę daleko ale na szczęście w Lublinie rodzinka z noclegiem. Świetne zdjęcia – szkoda że nie idzie powiększyć. No i widzę że pogoda dopisała;)
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *